|
Recenzje
|
|
Polska grupa Chromosomos to inne oblicze
muzyki fusion. Są tu zarówno wpływy progresywnego rocka, muzyki wschodnioeuropejskiej
i bałkańskiej. Spora dawka Ornette'a oraz polirytmiczne ślady Decoding
Society Shannona Jacksona. Mocne rytmy podzielone zmianami tempa przez
zwariowane, wypełnione energią napędową uderzenia perkusisty Dominika
i płynnym tempem basisty Lamcha. Kasiukiewicz i Kluczniak robią zwariowane
pętle, raz grajac w jednogłosie, żeby potem oderwać sie w solówkach
spotykających sie w warstwie rytmicznej. Puzonista i perkusista bawią
się, dodając troche elektroniki dla dodania ostrosci. Dominik prezentuje
cała gamę dźwięków i chociaż w grze nie ma nic radykalnego to czuje
się pełną swobodę poruszania sie w przestrzeni dzwiękowej. Wyraźne zamiłowanie do jazzu jak i rocka
czy jungle inspiruje młody polski kwartet Chromosomos do konfrontowania
akustycznego grania z elektronicznymi efektami i rytmami. Zajmujące
wejścia instrumentów dętych współgrają ze wzlotami drum'n'bassowej perkusji,
podkreślonymi jeszcze przez potężny kontrabas. W finale Phonophobis
zręcznie łączy energiczne fusion bliskie atmosferze tworzonej przez
Groove Gang Juliena Lourau, co powinno zadowolić miłośników tego gatunku. Brzmienie płyty "Phonophobis"
jest akustyczne, nie licząc kilku syntezatorowych plam oraz subtelnych
komputerowych przekształceń barw kontrabasu, perkusji oraz puzonu, które
raczej je urozmaicają niż redefiniują. W sekcji pojawiają się natomiast
podziały typowe dla drum'n'bassu (Katrynka) oraz hip-hopu (Turbo Kaszlak),
melodyka zostaje urozmaicona skalami bałkańskimi (Tanzbude), daje o
sobie także znać tęsknota za melorytmicznym żywiołem bebopu ( Snobepop)
oraz elegancją i wstrzemięźliwością typową dla estetyki cool (Sign of
Life). W porównaniu z poprzednią płytą, ta jest
zdecydowanie mniej... groovowa. Elementy elektroniczne pojawiają się,
jednak przede wszystkim jako uzupełnienie muzyki, a nie stanowią jej
podstawowego elementu. W zamian słuchamy saksofonu i puzonu jako głównych
instrumentów melodycznych. Do tego dochodzi dosadny, niekiedy rockowy
niemal bas i melodyjna perkusja Dominika. W jednym z utworów pojawia
się śpiew Bente Kahan i muzyka z lekka zbliża się do world music. Całość
brzmi świeżo, a słuchanie płyty sprawia niekłamaną przyjemność. Chromosomos grają nowocześnie, śmiało wchodzą na obszary
drum'n'bass, jungle, house, nagrania przyprawiają szczyptą folku bałkańskiego,
elektronicznie przetwarzają dźwięki akustyczne, nie obawiają się także
cyfrowo wygenerowanych dźwieków, z upodobaniem odwołują się do muzyki
transowej. Brzmi to trochę tak, jak zmaganie się dwóch potężnych żywiołów:
ziemskiego i powietrznego. Na szczęście uroda tych zmagań jest niezaprzeczalna,
więc choć z lekką obawą o skołatany system nerwowy, to jednak zanurzyłem
się w "phonophobi" raz i drugi i trzeci. I wam też taką kuracje
polecam. Chromosomos to polski zespół szeroko inspirowany
muzyką bałkańską i blisko-wschodnią, klezmerską, nową muzyką wschodnioeuropejską,
post-rockiem i funkowo-jazzową fuzją M-Base. Dorzuć do tego odrobinę
elektrycznego Ornette Coleman i już wiesz, o co chodzi. Mimo, że brzmi
ciężko w czasie popisowych solówek gitarowych, projektowi temu udaje
się uniknąć wplątania w gąszcz jazzowo-rockowej fuzji dzięki inteligentnym
kompozycjom i wpływom ludowym. Jeśli odpowiadają ci bardziej rockowo
zabarwione z nagrań Knitting Factory Records, powinieneś tego posłuchać.
Album jest również bardzo dobrze nagrany. Aż z Polski dotarła do nas myzyka instrumentalnego
tria (gitara, bas, perkusja), a raczej kwartetu dzięki zaproszonym gościom
(instrumenty dęte, śpiew), kierowanego zza bębnów przez Artura Dominika.
Jego muzyka wychodzi poza granice stylistyczne jazzu, rocka progresywnego,
czy muzyki etnicznej, wszystkie je łącząc w niezwykle ekspresyjnych
poszukiwaniach. I tak Chasyd, temat otwierający płytę, ogranicza się
do brzmień Dalekiego Wschodu, Pitbul skłania się do energicznego jazz-rocka,
a Jascha prezentuje fuzje muzyki bałkańskiej z harmoniami jazzowymi,
w odważnej autorskiej kompozycji. "... Niby pobrzmiewa to coś echami
nowojorskiego M-BASE-u, a la Lost Tribe i Greg Osby, jest w tym szczypta
tzadikowskich klimatów odowłujących się do tradycji klezmerskiej (znakomity
Chasyd), jest coś z Frippa, Colemana i Skopelitisa. Jednak nie ma
tu mowy o bezmyślnym kopiowaniu. Muzycy wzięli z jazzu to, co akurat
najciekawsze, a że są ludźmi młodymi i otwartymi na muzykę nową, nic
dziwnego, że jazzowe frazowanie podparli rockowym czadem. Reasumując,
debiut nr 1 minionego roku." "...Stara zasada dobrej sztuki glosi,
że ważne są nie tyle zależnosci i powinowactwa stylistyczne, ile sposób
ich przekraczania, ważne jest to, jak się z tych zależności wychodzi,
jak na fascynacjach i inspiracjach buduje się to, co własne i orginalne.
Wydaje się, że "Ultra Project" nosi cechy orginalnosci zasadzającej
się wszakże nie tyle na nowatorstwie stylistycznym - bo bez wątpienia
muzykom Chromosomos zależy na stworzeniu przynajmniej zalążka nowego
stylu - ile na swieżości wykonywanej muzyki, na wewnetrznych spieciach,
kontrapunktach, na odważnym korzystaniu z tego co już zostało odkryte,
na dynamice poszczególnych realizacji." "...Gęste faktury, mocny, niekiedy
groovowy, rytm, ciekawie prowadzone solówki i wspaniała ich ekspresja.
Taka jest współczesna nowa muzyka, wywodząca swe korzenie także z jazzu
i w tę nową koncepcję wpisuje się Chromosomos. To dobrze, bo takiej
muzyki w Polsce się nie gra, a myślę, że i w Europie zespołów o podobnej
koncepcji jest niewiele." " ... Czyżby wreszcie na polskiej
scenie awangardowej pojawiła się alternatywa dla kojarzonego z trójmiastem
yassu? Być może tak - za sprawą wrocławskiej grupy Chromosomos, w muzyce
której łączy się wszystko to, co we współczesnym odjechanym jazzie najważniejsze.
" "...Ciąg dalszy tych eksperymentów
słychać było w piątkowy wieczór w ,,Blue Nocie'', gdzie trójkę młodych
muzyków wspierał jeden z najlepszych obecnych polskich saksofonistów
- Adam Pierończyk. Mimo że mieszka on na co dzień w Niemczech to takimi
koncertami, jak ten z Chromosomos, potwierdza, że nie traci kontaktu
z polskimi muzykami i przede wszystkim z polską widownią. Koncert, który
trwał ponad dwie godziny było to jakby wyreżyserowane jam session. Muzycy
co jakiś czas bowiem bawili się dźwiękami i próbowali przekonać publiczność,
że dla nich jest to zabawa i tak też powinna traktować to publiczność.
" |
| MP3 | ![]() |